AirDuctors.net

 
Smaller Default Larger
 
Prozaiczny problem: część mieszkańców wystawia worki z zielonymi odpadkami na ulicę na wiele dni przed przyjazdem śmieciarki. Im to nie przeszkadza, nam tak.

Co zrobić z tymi cholernymi workami?

Jak zadziałać by ludzie nie tylko je usunęli, ale także coś zrozumieli. To drugie jest wielokrotnie ważniejsze. Skłonienie człowieka za pomocą mandatu, by coś z tym zrobił, to abdykacja przed rozwiązaniem problemu. Wszyscy dostaniemy kolejną lekcję autorytaryzmu. Mieszkańcy przećwiczą rozumieniu mechanizmów rządzenia i jego skuteczności. Człowiek, który wystawiał te worki dowie się, że jakieś oszołomy na niego doniosły i chętne zrewanżuje się im przy innej okazji. Dowie się, że przestrzeń wspólna, to pole walki, kto cwańszy, kto sprytniejszy i bardziej bezwzględny.

No i co idealiści? Poddajemy się?

Robota ruchów miejskich polega nie tylko na odczytywaniu tego co podoba się mieszkańcom, ale także na próbie zmieniania ludzkich przekonań, upodobań i poglądów. W tym pierwszym specjalizują się wszystkie partie polityczne, a mistrzostwo świata osiągają populiści. To drugie ćwiczą różne niszowe ugrupowania i ruchy. Chcą coś osiągnąć, coś więcej niż tylko wynik wyborczy.
Ruchy miejskie są próbą połączenia wody z ogniem. Pragmatyzmu walki o władzę z zamiarem zmieniania miejskiego mikroświata, a także zamieszkujących go ludzi.
Metody są różne. Najbardziej rokująca, to najpierw jedno, potem drugie. Zdobyć władzę, bynajmniej nie za pomocą tłumaczenia mieszkańcom, że muszą się zmienić, a następnie powoli i systematycznie rozpocząć zmienianie ich sposobu myślenia.

Czy to krętactwo?

Jeśli nawet, to znacznie mniejsze niż podążanie za najniższymi instynktami, najbardziej sfrustrowanej części naszego obywatelstwa.
… a sympatyczne karteczki w sprawie worków i tak wrzuciliśmy. Przecież nie będziemy siedzieli z założonymi rękami.
 
 
 
Fundacja Bertelsmanna opublikowała kolejną edycję indeksu BTI pokazującego stan demokracji i praw człowieka. Najnowszy trend pokazuje, że coraz więcej ludzi na globie jest rządzonych przez autokratów. Po raz pierwszy do krajów, gdzie rządzący rozbudowują swoją władzę, dewastują państwo prawa i niszczą niezależne media została zaliczona Polska, która trafiła nawet na 5 miejsce w liście TOP-10 krajów, które w ostatnich latach „straciły najwięcej demokracji”. Polska jest jedynym europejskim krajem w tym rankingu.

Jak Bertelsmann definiuje autokratów?

Oto zalicza się do nich polityków, którzy doszli do władzy najczęściej w wyniku demokratycznych wyborów i w trakcie kadencji zwiększają swoją władzę do absolutnej poprzez atakowanie opozycji, osłabianie trójpodziału władzy i wolnych mediów oraz obsadzanie zaufanymi ludźmi wszystkich instytucji.
Bertelsmann nie bada miast i gmin, zajmuje się tylko państwami. Czy oznacza to, że na najniższym poziomie władzy nad obywatelami, takie zjawisko nie występuje? Wręcz przeciwnie,

relacje miejskich aktywistów pełne są opisów autokracji w czystej postaci.

Ułatwia to specyficznie skonstruowane prawo samorządowe, które prezydentowi, czy burmistrzowi, który zapewni sobie poparcie rady miasta, daje władzę praktycznie nieograniczoną. Może on dowolnie gnębić opozycję, prześladować niezależne media i organizacje, zatruwać umysły propagandą godną PRL-u i preferować dowolne lobby. To wszystko może robić w ramach prawa, które dla jego samowoli jest bardzo tolerancyjne. Musi się jedynie pilnować by poza te ramy prawne nie wykroczyć.
Jeśli tak jest, to bardzo pilnym zadaniem jest pójście drogą niemieckiej Fundacji i zbudowanie

indeksu autokracji polskich miast.

Kongres Ruchów Miejskich byłby idealnym wykonawcą takiego zapotrzebowania. Musiałby jednak otrzymać silne wsparcie, by takiemu wyzwaniu podołać.
... który, jak wiadomo, raz przyciąga, a raz odpycha.
Z zadziwiającą konsekwencją w rozmowach z mieszkańcami pojawia się fraza: „… ale na PiS to ja nigdy nie zagłosuję” lub analogicznie, na PO, N czy inną dużą formację. To powoduje, że owi negatywnie motywowani wyborcy zagłosują w wyborach parlamentarnych na przeciwników tych partii. A jak to będzie w wyborach do miast i gmin?
Oto wyniki wyborów samorządowych przynoszą interesującą obserwację. Identyfikacje partyjne tam się nie liczą. Przykład: w gminie, w której zarówno PO jak i PiS zebrały po ponad 30% głosów do parlamentu, ich kandydaci na burmistrza uzyskali odpowiednio 5% i 3%. Powyższą tezę potwierdzają też zachowania licznych prezydentów i burmistrzów, którzy w chwili gdy zdobędą jaką taką rozpoznawalność, natychmiast stają się bezpartyjni.
Z obu tych obserwacji nie sposób wyciągnąć inny wniosek niż ten, że w wyborach samorządowych

partie odpychają wyborców

Działa tylko argument „nigdy nie zagłosuję na x” ale nie działa już „więc poprę y”.
Z drugiej strony twierdzenie, że partie polityczne są w ogóle niepotrzebne, jest czystym populizmem. To niezbędny sposób identyfikacji i agregowania poparcia na poziomie ponadlokalnym. Bez ich istnienia ludzie nie poradzili by sobie z reprezentacją swych poglądów. Jakkolwiek motywując, czy głosowaniem „za” czy „przeciw”

partie polityczne przyciągają głosy

w wyborach do władz powiatu, województwa i całego kraju.
Retoryka antypartyjna, którą przyjmują niektóre ruchy miejskie jest więc błędem. Nie o zwalczanie partii politycznych powinno nam chodzić, tylko o przyciągnięcie aktywnych ich członków do działania na płaszczyźnie innej pozapartyjnej identyfikacji. Identyfikacji z miejscem, miastem i mieszkańcami.
Do takiej współpracy potrzebna jest oczywiście także dobra wola struktur partyjnych, które warto by zrozumiały, że angażowanie szyldów partyjnych na poziomie lokalnym jest przeciwskuteczne i może powodować przejęciem władzy przez skrajnie antydemokratyczne i populistyczne siły, które nigdy nie zawahają się przed antypartyjnym populizmem i uruchomieniem negatywnych emocji.
Magnetyzm partii politycznych działa w rywalizacji ponadlokalnej, lecz odpychać będzie w wyborach miejskich.
W podwarszawskich Łomiankach od lata rządzi autorytarna władza. Wspiera się na dwu ściśle powiązanych z nią organizacjach: ultraprawicowym stowarzyszeniu zajmującym się zwalczaniem wszystkiego co liberalne, ze szczególnym zamiłowaniem do niszczenia Platformy Obywatelskiej oraz stowarzyszeniu właścicieli gruntów i deweloperów, którzy obok obrony swoich interesów specjalizują się w kampaniach nienawiści wobec społeczności mających inne zdanie.
Znakiem rozpoznawczym tej władzy jest wykorzystywanie do budowania poparcia

lokalnych konfliktów

oraz interesów różnych grup. Deweloperzy potrzebują szerokiej drogi prowadzącej do inwestycji, więc przepycha się ją na siłę, za nic mając opór mieszkańców. Lobby piłkarskie uszczęśliwia się stadionem ligowym, właścicielom gruntów obiecuje odrolnienia i warunki zabudowy. Charakterystyczne jest, że za każdym razem, gdy idzie się na rękę jednej grupie, robi się to w opozycji lub z lekceważeniem innych. Takie rozgrywanie jednych przeciwko drugim, jest dużo łatwiejsze niż próba rozmowy w kategoriach

dobra wspólnego.

Zresztą ta kategoria z biegiem lat przestaje w ogóle funkcjonować, bo nauczono się, że jeśli ktoś się na nią powołuje, to chodzi mu o jakiś partykularny albo pokrętny interes.
Taka koncepcja sprawowania władzy świetnie się sprawdza dopóki po drugiej stronie mamy zatomizowane grupy mieszkańców oraz lokalnych polityków nawykłych do operowania takimi samymi kategoriami.

Ale wszystko ma swój kres.

W tej chwili na terenie gminy otwartych jest około 20 konfliktów, czyli ilość oznaczająca przekroczenie pewnej masy krytycznej. Po stronie opozycji pojawiły się nowe podmioty nie obciążone udziałem w grze pod tytułem „dziel i rządź” a jednocześnie śmiało operujące pojęciami uznanymi przez gminny establishment za bezużyteczne, takimi jak: dobro wspólne, empatia, szacunek dla słabszych czy nawet kompromis.
Miecz zarządzania przez konflikt zaczyna obracać swe ostrze w drugą stronę.
 
Zrobiliśmy serię badań fokusowych. W małym miasteczku, bez żadnego finansowania, siłami wolontariatu. Domorośli eksperci od wszystkiego pukali się w czoło. Przecież każdy wie, co ludzie myślą. Mamy doświadczenie i nie będą jakieś ruchy miejskie uczyć kur jajka znosić.

A jednak.

Przede wszystkim okazało się w jak hermetycznej bańce zamknięte są nasze poglądy, jak dalece projektujemy nasz sposób rozumowania na innych ludzi. Najlepiej widać na przykładzie wyobrażeń o idealnym burmistrzu. Były oczywiście różne. Znacząca ich część malowała obraz twardej dominującej jednostki, której boją się wszyscy poza tymi, którymi ów mąż opatrznościowy się opiekuje. Obraz ten bardziej przypominał bossa mafii wołomińskiej, niż progresywnego, nastawionego na słuchanie mieszkańców przywódcę nowoczesnego miasta.
Tu warto zadać sobie pytanie, czy ci którzy robili dotychczas swe kampanie na wyczucie, nie podlegali efektowi bańki informacyjnej?

Moja hipoteza brzmi:

to działo się na innej zasadzie. Zwycięzcy różnych wyborczych potyczek hołdowali tym samym uproszczonym i autorytarnym poglądom, co duża rzesza ich wyborców. Nie zamierzali uczynić miasta ani bardziej uczciwym, ani sprawiedliwym, ani nowoczesnym. Powtarzali kalki słowne i byli odbierani, może nie jako najlepsi, ale jako swoi. My natomiast chcieliśmy czegoś, co nie wyrastało z owych autorytarnych definicji świata. W tym sensie celnie ujął to jeden z uczestników zebrania wyborczego, „byliśmy z kosmosu”.

Czy jest jakieś wyjście z tego zaklętego kręgu?

Musimy wykonać pionierską pracę przetłumaczenia nowoczesnych i progresywnych postulatów na język zrozumiały na gruncie autorytarnego obrazu świata. Czy to jest możliwe? Nie wiadomo. Jedno jest pewne
łatwo nie zrezygnujemy.
 
czyli jak sobie radzić z radami ekspertów?
 
Na progu kampanii wyborczej z każdego zakątka wyłaniają się różni eksperci. Lepsi i gorsi, drodzy i całkiem bezpłatni. A do nas, osób, które chcą dzięki tej kampanii coś osiągnąć, należy niełatwa decyzja, czy z ich dobrych rad skorzystać, czy nie.
Rzadko, który z takich mądrali dysponuje tym, co dla kampanii kluczowe, czyli diagnozą, albo inaczej,

wyczuciem sytuacji.

To najczęściej większość z nas wie lepiej niż każdy z nich. Ale lepiej, to nie koniecznie znaczy dostatecznie dobrze. Funkcjonujemy w dość jednorodnych środowiskach, które utrudniają nam zrozumienie sposobu myślenia, ludzi spoza naszego kręgu, czyli, co tu wiele mówić, naszych potencjalnych wyborców.
Jeśli twój ekspert, nie zaczyna od tego, by pomóc ci zrozumieć wyborców, ale nie tych, którzy i tak na ciebie zagłosują, tylko takich, których spróbujecie dopiero do tego namówić, to jest to pierwszy sygnał ostrzegawczy.
Przeglądając różne książki dotyczące marketingu politycznego i strategii reklamowych natknąłem się na ideę, która szczególnie do mnie przemówiła. Podejście to efektownie nazwano

disruption

(oczywiście musi być po angielsku). Słownikowo, to przerwanie ciągłości, zakłócenie. Autorzy namawiają nas do kwestionowania ustalonego porządku i poddawania w wątpliwość sprawdzonych uznanych zasad.
No i wydawać by się mogło, że w ten sposób mamy z głowy natrętne rady ekspertów.
Okazuje się, że nie całkiem. Bo ciąg dalszy jest taki:
„Na początku trzeba rozpoznać konwencje ograniczające swobodę myślenia. Następnie trzeba je zakwestionować stosując radykalne, nowe, zaskakujące idee. Towarzyszyć temu musi klarowna świadomość wizji – tego dokąd zmierzamy i jak daleko chcemy zajść jutro.”*
Nie przeganiajmy więc eksperta kijem, poznajmy dzięki niemu konwencje i włączmy własną kreatywność.
*) Disruption Live, Jean-Marie Dru,2003

O mnie

Ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim socjologię w specjalności socjologii organizacji.

Pierwszym moim miejscem pracy był Instytut Organizacji i Kierowania.

Po jego rozwiązaniu przez pięć lat wykładałem socjologię organizacji na Politechnice Warszawskiej.

Następnie odbyłem dwuletnie studia podyplomowe i roczną praktykę badawczą w wiedeńskim Institut für Höhere Studien w zakresie socjologii organizacji i metod matematycznych.

Po powrocie do kraju pracowałem w Instytucie Kultury i Instytucie Studiów Politycznych.

Następnie, po wygranym konkursie, objąłem stanowisko dyrektora Biura Reklamy TVP. Wówczas była to wyodrębniona jednostka organizacyjna posiadająca własny budżet i służby funkcjonalne. W ciągu sześciu lat kierowania nią, z prostego biura posiadającego kilka małych komputerów, przekształcona została w jedno z przodujących w Europie biur sprzedaży. Posiadała system komputerowy oparty na najnowszych osiągnięciach zagranicznych. Wdrożono zarządzanie przez cele i zarządzanie procesami, autorski system ocen pracowniczych oraz innowacyjne metody sprzedaży. Biuro zatrudniało 70 osób a obroty wynosiły pół miliarda złotych rocznie.

W tym czasie uczestniczyłem w pracach międzynarodowej organizacji European Group of Television Advertising z siedzibą w Brukseli, by w końcowym okresie stać się członkiem jej zarządu.

Następnie zostałem zaangażowany przez jeden z największych koncernów medialnych WPP z zadaniem zorganizowania i poprowadzenia polskiego oddziału agencji reklamowej Mindshare.

Kolejnym wyzwaniem była prezesura Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy w Polsce. W owym czasie była to najważniejsza organizacja reprezentująca interesy mediów, agencji reklamowych i reklamodawców. Rola Stowarzyszenia polegała na utrzymywaniu kontaktu z przedstawicielami rządu i parlamentu oraz komentowanie w mediach zagadnień związanych z reklamą.

Równolegle utworzyłem własną firmę Instytut Mediów zajmującą się audytem mediowym i doradztwem. Prowadzę ją do dzisiejszego dnia współpracując z liderami tej branży z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Poza działalnością ściśle zawodową, angażowałem się w aktywność społeczną. Byłem przewodniczącym Solidarności w swoim instytucie w roku 1981. Nigdy nie należałem do żadnej partii.

Odbyłem szkolenie wojskowe ukończone w stopniu podporucznika rezerwy.

Jestem harcmistrzem ZHP i przodownikiem turystyki pieszej PTTK.

Żona jest absolwentką Akademii Teologii Katolickiej a syn pracuje w Orange Labs jako główny specjalista.

Strona korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookies w Twojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Pliki cookies (ciasteczka) to dane informatyczne - pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniu użytkownika. Używane są w celu dostosowania wyglądu strony internetowej do preferencji użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych. Używane są również w celu tworzenia anonimowych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych. Statystyki te umożliwiają polepszanie struktury i zawartości stron www.


  Na naszej stronie stosowane są dwa rodzaje plików cookies - sesyjne oraz stałe. Sesyjne są plikami tymczasowymi, które pozostają w urządzeniu użytkownika, aż do wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). Stałe pliki pozostają w urządzeniu użytkownika przez czas określony w parametrach pliku albo do momentu ich ręcznego usunięcia przez użytkownika.


  Standardowo oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych domyślnie dopuszcza umieszczanie plików cookies w urządzeniu użytkownika. Możesz zablokować w swojej przeglądarce mozliwość zapisu cookies. Jednak wybór tej opcji automatycznie zablokuje Ci możliwość korzystania z szeregu funkcji na naszej stronie. Nie możemy także zagwarantować, że oferowane na naszej stronie usługi będą działać w zaplanowany sposób i zgodnie z ich przeznaczeniem.


  Więcej informacji na temat blokowania plików typu cookies w Twojej przeglądarce znajdziesz w zakładce "pomoc" przeglądarki.