AirDuctors.net

 
Smaller Default Larger
 
 
 
Wbrew pozorom maksymalizacja obu tych celów nie wydaje się równocześnie możliwa. Dlaczego?
Kilkunastoletnie doświadczenia ruchów miejskich pokazują, że osób podzielających dogłębnie cały dekalog wartości ruchów miejskich jest w poszczególnych miastach

ok. 5-10%.

Zdobycie takiej ilości głosów raczej nie przełoży się na żaden udział w realnej władzy.
Jeśli któryś z tych ruchów, chciałby osiągnąć wynik dający możliwość wpływania na losy miasta, musi wyjść poza zaklęty krąg 15 tez miejskich wyrytych w sercach działaczy. Musi znaleźć wspólny język ze zwykłym mieszkańcem miasta, który jeszcze nie tak dawno głosował na obecnego prezydenta/burmistrza. Mieszkaniec ten nie jest ani specjalnie nowoczesny, ani lewicowy, ma swoje mieszczańskie przyzwyczajenia i nie chce, by traktować go jak prymitywa. Takiego człowieka razi feministyczna maniera odmieniania wszystkiego przez „mieszkanki i mieszkańców”. Nie ma zrozumienia dla bezkompromisowej walki z samochodami w śródmieściu a rowerzystów toleruje, jeśli nie wchodzą mu w drogę.
Jak byśmy nie zaklinali rzeczywistości,

taka jest większość mieszkańców naszych miast.

Wybór jest prosty, albo szukamy sposobu, by ich do siebie przekonać, albo pozostajemy wiernymi głosicielami ortodoksji ruchów miejskich. Im jesteśmy w tym bardziej konsekwentni, tym trudniej nam przedrzeć się przez kilkuprocentową barierę. Nie łudźmy się też, że kilkumiesięczną kampanią w zgiełku przedwyborczym zmienimy poglądy wyborców. No way!
Prawdziwym wyzwaniem jest pogodzenie wierności ideałom z komunikacją akceptującą odmienność poglądów oraz z gotowością do wzięcia pod uwagę racji innych ludzi.
Kompromis i władza albo niezłomność i rola recenzenta.
Wybór należy do nas.
 
Zaproponowane przez rządzącą większość zmiany ustaw samorządowych zaskoczyły wszystkich. Utrudniły też klarowną klasyfikację na tych, którzy są za zwiększaniem demokracji i za jej ograniczaniem. Dla ruchów miejskich sytuacja jest prosta: propozycje idą w bardzo dobrym kierunku. Jak zwykle jest coś do poprawienia, ale nie chodzi o powstrzymanie zmian, jak często bywało, tylko o to, by poszły dalej.

Skąd taka zmiana?

Jak zwykle wyjaśnieniem jest miejsce siedzenia. Otóż Prawo i Sprawiedliwość we władzach samorządowych jest w mniejszości. Dotyczy to zwłaszcza miast na prawach powiatu, które proponowane zmiany w sposób szczególny demokratyzują. Czyli PiS jest tu w opozycji. Wynika z tego interesująca ogólna konstatacja.
Wyobraźmy sobie, jak pięknie wyglądałby świat, gdyby to, co zdarzyło się w tym wypadku, było regułą:

Władzę ustawodawczą sprawuje opozycja.

Kiedy Monteskiusz wymyślał trójpodział władz, taki obraz musiał chodzić mu po głowie. Praktyka demokracji poszła jednak w inną stronę. Powiedzmy sobie szczerze: podział władz między ustawodawczą a wykonawczą nie istnieje. Zdarza się w samorządach, może mieć miejsce w ustrojach prezydenckich ale w demokracjach, których jest na świecie najwięcej, nie jest w zasadzie możliwy.
Cały cywilizowany świat ma jeszcze co naprawiać, a realnym demokracjom daleko do ideału.
 
Dlaczego nie wygrywają wyborów samorządowych na masową skalę? Odpowiedź skrótowa brzmi: bo są zbyt rzetelne, ale to tylko część problemu.

Są rzetelne w nienowoczesnym rozumieniu tego słowa.

Czytając o marketingu politycznym napotkałem opis ewolucji, jaką z biegiem czasu przeszły kampanie polityczne. Początkowo ich celem było ulepszanie kandydatów i programów oparte o ideały i wartości przyświecające autorom. Liberałowie chcieli uszczęśliwić ludzkość swoimi pomysłami, socjaliści konstruowali wizję sprawiedliwego świata, a prawicowcy przywracali odwieczny boski porządek. Świat jednak zaczął się zmieniać, karierę zaczął robić marketing przyjmując mniej lub bardziej cyniczną postać. Warto zauważyć, że może on mieć także ludzką twarz i nie koniecznie musi polegać na wciskaniu produktów, których nikt nie potrzebuje. Taki marketing polega na skoncentrowaniu na potrzebach i pragnieniach odbiorców.
Umarketigowienie kampanii politycznych poszło dokładnie w takim samym kierunku. Alfą i omegą stały się preferencje wyborców. Jeśli oczekują gwiazdki z nieba – to się ją obiecuje, jeśli chcą rzeczy w dłuższej perspektywie dla społeczeństwa zgubnych – to się je daje. Taka postawa jest w równym stopniu demokratyczna, co nieuczciwa. Tak zaczyna działać cała machina polityczna współczesnego świata.

A ruchy miejskie?

One pozostały na poprzednim etapie rozwoju, czy jak kto woli dewastacji, systemów politycznych. Mają swój dekalog celów (15 Tez Miejskich), przejmują się takimi wartościami jak zrównoważony rozwój, miasto równych szans, czy wartościami ekologicznymi. Prawdopodobnie są więc skazane na obsługiwanie mniejszościowego, rozumiejącego elektoratu. Chyba że…
… obejdą sprytnym fortelem proste oczekiwania wyborców, zdobędą władzę i rozpoczną odpowiedzialne zmienianie świata, tak by wszystkim lepiej się w nim żyło.
Tylko czy suweren na to pozwoli?
 
Kto pamięta Jacka Kuronia, ten wie o jakie komitety chodziło. Dziś już ich nie ma. Inne są wyzwania i inne społeczeństwo. W latach siedemdziesiątych w polskim społeczeństwie wzbierał wielki bunt zakończony później festiwalem Solidarności. Motorem tego ruchu nie była walka o niezależność sądów, demokrację czy swobody obywatelskie, choć wszystko to znalazło się w końcu na sztandarach. Prawdziwą siłę protestowi dało udręczenie trudami życia codziennego, kolejkami, wszechogarniającą bylejakością i porażającą wręcz nieefektywnością gospodarki. Żądano wprowadzenia kartek na żywność i zaklinano się, że nikomu przecież nie chodzi o zamach na przyjaźń ze Związkiem Radzieckim i „socjalistyczną” gospodarkę.

Masowe ruchy społeczne

mają w sobie obok ogromnej siły, także i coś spowalniającego. Są mentalnie osadzone w narzuconym obrazie rzeczywistości. Można powiedzieć, nie rozumieją tej rzeczywistości w sposób umożliwiający jej radykalną zmianę, lecz definiują ją w kategoriach narzuconych przez układ, który chcą zmienić. Marks już coś podobnego wymyślił, ale nie idźmy tą drogą.
Podobny mechanizm dostrzec można było w niezwykle spektakularnym ruchu

„Łańcuch Światła”.

Oto tłumy upajały się wręcz niepolitycznością atmosfery. Nie chciano ostrego sprzeciwu wobec PiS, nie chciano żadnych partii politycznych. Po mediach gromkim echem poniosło się, że partie polityczne są passe i że czekamy na jakieś niepolityczne deus ex machina.
Otóż, to właśnie jest echo obrazu rzeczywistości serwowanego nam przez władzę. Opozycja polityczna jest totalna, brutalna i straszna. Kto to jest ta opozycja? Oczywiście partie polityczne.
- Ja zwykły człowiek ze świeczką w ręku nie jestem przecież taki straszny, więc nie chcę mieć nic wspólnego z polityką.
A jak słusznie zauważył prof. Markowski, do obsługi systemu rządzenia krajem partie polityczne są niezbędne. Nic lepszego dotychczas nie wymyślono. Nie jest też prawdą, że nikt nie może znaleźć partii, na którą mógłby głosować i że wszystkie zawiodły. Partii są dziesiątki i mają wszystkie możliwe odcienie. To tylko zwykłe wykręty, by nie wejść w rolę osoby politycznie aktywnej.

Drodzy uczestnicy protestów!

Nie chcecie żadnych partii, to nie będziecie mieli zmiany sposobu rządzenia. Obrażanie się na ten mechanizm to zwykły populizm, to droga do nikąd.
Nie palcie komitetów i nie niszczcie partii politycznych, zakładajcie je.
 
Jak wygląda sytuacja na politycznej szachownicy u schyłku lata? Za sobą mamy lipcowe protesty i niespodziewane veto prezydenckie. Oba te spektakularne wydarzenia mają przełomowe znaczenie, mimo iż nie widać tego w preferencjach politycznych Polaków.
Polega ono na przełamaniu z dwu stron na raz,

czarno-białej narracji „my-oni”,

czyli sposobu przedstawiania rzeczywistość stanowiącego nieodłączny element budowania podstaw dobrej zmiany.
Z jednej strony cios tej koncepcji zadała nowa forma protestów i przekaz który płynął z wystąpień. Był on adresowany w dużo większym stopniu do ludzi mniej zdeklarowanych. Akcentował brak agresji i otwartość. Choć samo w sobie nie zmieniło to układu sił, to pozwoliło dostrzec szanse na rozwinięcie dyskursu w sposób przełamujący mozolnie budowane przez PiS podziały.
Drugi wyłom spowodował prezydent. Obóz dobrej zmiany od momentu veta przestał być już monolitem. Zwolennicy dobrej zmiany nie mają już takiej łatwości w podzieleniu świata na tych, których trzeba zwalczać i tych, którzy tego dzieła mają dokonać.
To oczywiście nie unieważnia zakorzenionego od lat w umysłach wielu Polaków uproszczonego obrazu rzeczywistości, gdzie jest miejsce tylko na dobrych i złych, czyli naszych i obcych. Natomiast został wykonany znaczący krok w kierunku powstrzymania eskalacji tego zjawiska. Co więcej, istnieją powody by przypuszczać, że nie było to ostatnie słowo obu zmieniających rzeczywistość czynników. Czy oznacza to

jesień populistycznej koncepcji

eksploatowanej przez PiS, czy też do PiS-u już niepodzielnie należeć będzie jesień i kolejne pory roku? Czas pokaże, ale są podstawy do optymizmu.
 
Częścią Kongresów Ruchów Miejskich są zazwyczaj spotkania z prezydentami miast wywodzącymi się z ruchów miejskich lub chętnie do nich się przyznawającymi. Ostatnio wyróżnikiem zaproszonych gości był, nie tyle ich związek z ruchami miejskimi, co propagowana przez Roberta Biedronia, progresywność.
Ciekawe jak te pełne samozadowolenia wystąpienia odbierali zgromadzeni na sali aktywiści? Pewnie różnie, w zależności od tego jakie organizacje reprezentują
Bo ruchy miejskie są różne. Jedne skupiają się na reprezentowaniu różnych potrzeb mieszkańców, nieraz wycinkowych, a nieraz ogólnych. Są też takie, które wyspecjalizowały się w jakiejś problematyce i osiągnęły status ekspercki.
Ci ostatni pewnie słuchając progresywnych prezydentów zastanawiali się nad ich zapotrzebowaniem na ekspertyzy. Wąsko wyspecjalizowani działacze wychwytywali informacje o swojej tematyce i krytycznie patrzyli, gdy było tego niedostatecznie dużo.
A jak reagowali, ci którzy starają się reprezentować całe spectrum potrzeb mieszkańców? Jedna z opinii, jaką dało się słyszeć, mówiła o

pomieszaniu porządków.

To nie my powinniśmy słuchać jak prezydenci starają się by uszczęśliwić mieszkańców partycypacją i innymi cudami, a oni powinni dowiadywać się od nas czego chcą mieszkańcy.
Na szczęście, to tylko jedna sesja, ale za jej organizacją kryje się niebezpieczeństwo niedoceniania kluczowej roli jaką mają do odegrania ruchy miejskie. Otóż ich siła nie polega na doradzaniu samorządom ani realizowaniu na ich zlecenie nawet najważniejszych zadań.
Wyjątkowa pozycja tych ruchów polega na ich oddolności. Na tym że są bliżej ludzi i nie tylko lepiej wyczuwają ich potrzeby, ale także artykułują ich żądania.
To dlatego partie polityczne na wyścigi chcą zagospodarowywać ruchy miejskie i ich działaczy, bo wyspecjalizowawszy się w politycznych szachach i parlamentarnej grze, jak tlenu potrzebują czegoś co zwiąże ich mocniej z obywatelami.
Budując federacyjną strukturę postarajmy się nie poprzestać na roli eksperta i lobbysty, lecz dbać to, co decyduje o naszej sile. Bez organizacji, które liczą się w swoich środowiskach miejskich, kształtują opinię i wywierają wpływ, pozostanie nam za dwa lata zorganizować Kongres Ekspertów Miejskich, a wówczas

nawet najbardziej progresywni prezydenci nie będą nami zainteresowani.

O mnie

Ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim socjologię w specjalności socjologii organizacji.

Pierwszym moim miejscem pracy był Instytut Organizacji i Kierowania.

Po jego rozwiązaniu przez pięć lat wykładałem socjologię organizacji na Politechnice Warszawskiej.

Następnie odbyłem dwuletnie studia podyplomowe i roczną praktykę badawczą w wiedeńskim Institut für Höhere Studien w zakresie socjologii organizacji i metod matematycznych.

Po powrocie do kraju pracowałem w Instytucie Kultury i Instytucie Studiów Politycznych.

Następnie, po wygranym konkursie, objąłem stanowisko dyrektora Biura Reklamy TVP. Wówczas była to wyodrębniona jednostka organizacyjna posiadająca własny budżet i służby funkcjonalne. W ciągu sześciu lat kierowania nią, z prostego biura posiadającego kilka małych komputerów, przekształcona została w jedno z przodujących w Europie biur sprzedaży. Posiadała system komputerowy oparty na najnowszych osiągnięciach zagranicznych. Wdrożono zarządzanie przez cele i zarządzanie procesami, autorski system ocen pracowniczych oraz innowacyjne metody sprzedaży. Biuro zatrudniało 70 osób a obroty wynosiły pół miliarda złotych rocznie.

W tym czasie uczestniczyłem w pracach międzynarodowej organizacji European Group of Television Advertising z siedzibą w Brukseli, by w końcowym okresie stać się członkiem jej zarządu.

Następnie zostałem zaangażowany przez jeden z największych koncernów medialnych WPP z zadaniem zorganizowania i poprowadzenia polskiego oddziału agencji reklamowej Mindshare.

Kolejnym wyzwaniem była prezesura Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy w Polsce. W owym czasie była to najważniejsza organizacja reprezentująca interesy mediów, agencji reklamowych i reklamodawców. Rola Stowarzyszenia polegała na utrzymywaniu kontaktu z przedstawicielami rządu i parlamentu oraz komentowanie w mediach zagadnień związanych z reklamą.

Równolegle utworzyłem własną firmę Instytut Mediów zajmującą się audytem mediowym i doradztwem. Prowadzę ją do dzisiejszego dnia współpracując z liderami tej branży z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Poza działalnością ściśle zawodową, angażowałem się w aktywność społeczną. Byłem przewodniczącym Solidarności w swoim instytucie w roku 1981. Nigdy nie należałem do żadnej partii.

Odbyłem szkolenie wojskowe ukończone w stopniu podporucznika rezerwy.

Jestem harcmistrzem ZHP i przodownikiem turystyki pieszej PTTK.

Żona jest absolwentką Akademii Teologii Katolickiej a syn pracuje w Orange Labs jako główny specjalista.

Strona korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookies w Twojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Pliki cookies (ciasteczka) to dane informatyczne - pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniu użytkownika. Używane są w celu dostosowania wyglądu strony internetowej do preferencji użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych. Używane są również w celu tworzenia anonimowych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych. Statystyki te umożliwiają polepszanie struktury i zawartości stron www.


  Na naszej stronie stosowane są dwa rodzaje plików cookies - sesyjne oraz stałe. Sesyjne są plikami tymczasowymi, które pozostają w urządzeniu użytkownika, aż do wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). Stałe pliki pozostają w urządzeniu użytkownika przez czas określony w parametrach pliku albo do momentu ich ręcznego usunięcia przez użytkownika.


  Standardowo oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych domyślnie dopuszcza umieszczanie plików cookies w urządzeniu użytkownika. Możesz zablokować w swojej przeglądarce mozliwość zapisu cookies. Jednak wybór tej opcji automatycznie zablokuje Ci możliwość korzystania z szeregu funkcji na naszej stronie. Nie możemy także zagwarantować, że oferowane na naszej stronie usługi będą działać w zaplanowany sposób i zgodnie z ich przeznaczeniem.


  Więcej informacji na temat blokowania plików typu cookies w Twojej przeglądarce znajdziesz w zakładce "pomoc" przeglądarki.