AirDuctors.net

 
Smaller Default Larger
W światowej polityce ciągle zdarzają się rzeczy, które mało kto przewidywał. To co nas zaskakuje tym razem, to fakt, że te nieoczekiwane scenariusze realizują się w wielu miejscach i że mają ze sobą coś wspólnego. Najkrócej można to skwitować spostrzeżeniem, że w wielu miejscach dochodzi do zakwestionowania pozycji różnych dotychczasowych elit. A to co pojawia się w ich miejsce, to lokalne wersje populizmu.

Dlaczego tak się dzieje?

Wylano już morze atramentu, by ma to pytanie odpowiedzieć. Wskazywano błędy w programach, nieudane kampanie, nie takie osobowości przywódców itp., itd. Skoro zjawisko jest globalne, to i przyczyn szukałbym na tym poziomie. Moja hipoteza:

demokratyzacja przekazu zabija demokrację.

Ostatnie dekady, to rewolucja w sposobie komunikowania się między ludźmi. Narzędzie jakim jest globalny Internet nie spowodowało wprawdzie , że ludzie komunikują się na masową skalę z całym światem, bo ciągle dzielą ich bariery językowe (coraz słabsze ale działające). Zaczynają jednak komunikować się w podobny sposób, w którym zjawisko pod tytułem media społecznościowe odgrywa niebagatelną rolę.
Jedną z cech tego sposobu porozumiewania się jest bezpośredniość, czyli brak pośrednika jakim wcześniej był dziennikarz, ekspert, pisarz czy inny człowiek, od którego oczekiwało się znajomości rzeczy. Skracając przydługi wywód: ważnym składnikiem dotychczasowych demokracji były elity, za pośrednictwem których kształtował się obraz świata i polityki. Nowe możliwości komunikacyjne pokazały dużej części społeczeństw, że można inaczej, że bez elit da się funkcjonować. Od tego już tylko krok, by powiedzieć tym grupom i wspierającej się na nich konstrukcji świata – nie. Nie oceniam tu win i zasług różnych elit. One po prostu w tym porządku mają swoją rolę do odegrania.

Do czego doprowadzą postępujące sukcesy populistów?

Pewnie do sporej ilości kłopotów, bo populizm nie optymalizuje skuteczności rozwiązywania problemów, tylko oddziaływanie na masy. Co ważne, takie rządy mogą też skutkować czymś pozytywnym - bardzo powszechnym procesem uczenia się. Oto szerokie rzesze obywateli, którzy postanowili nie iść dalej za głosem elit, tylko wziąć sprawy w swoje ręce, przekonają się, że istnieją jakieś nieubłagane prawa ekonomii, czy chociażby arytmetyki. Dowiedzą się wreszcie, że jeśli nie chce się słuchać mądrali, to trzeba samemu choć trochę tej mądrości przyswoić, bo inaczej, to co dotychczas działało, działać przestaje. Taki mechanizm może się nie sprawdzić w Rosji, Turcji czy na Węgrzech, czyli wszędzie tam, gdzie społeczeństwa nie miały szansy zetknąć się z sukcesami tradycyjnej demokracji a tym samym nie rozpoznają nieefektywności populizmu. Wszędzie indziej jest szansa na odrzucenie prostych haseł i niby-rozwiązań i powrót albo pojawienie się nowego modelu demokracji z większym udziałem wyedukowanych mas a mniejszym wąskich elit.
W sumie, przy odpowiedniej porcji cierpliwości – można być optymistą.
Demokratyczne jajko czy kura
 
Wierzę w ruchy miejskie i inne oddolne inicjatywy obywatelskie. Bez aktywnej postawy wobec spraw wykraczających poza własne podwórko i własny interes nie zajdziemy daleko jako społeczeństwo, oddamy je na pastwę populistów i cyników.

Problem ruchów tego typu jest ich liczebność.

Ludzie gotowi zaangażować się, wziąć sprawy w swoje ręce, czy chociażby patrzeć władzy na jej ręce, to niezwykle mały odsetek, ktoś powie, wyjątek od całkiem odmiennej reguły. Ktoś bardziej optymistyczny uzna to za forpocztę zmian, zapowiedź rewolucji mentalnej, która się zbliża.
Niezależnie od dziejowej perspektywy, ruchy te funkcjonują teraz w otoczeniu ludzi inaczej myślących. By ich dla swych idei pozyskać, ruchy miejskie muszą znaleźć argumenty osadzone w tradycyjnym „przedobywatelskim” sposobie rozumowania.

I to waśnie jest rafa, która zagraża niejednej inicjatywie.

Wiele ruchów dryfuje w kierunku wąskiej partykularnej roszczeniowości. Zabrać innym - dać naszym, uciążliwości nie dla nas – tylko dla innych.

I teraz sedno problemu.

Bezpośrednia i całkowicie oddolna demokracja w środowisku niedemokratycznych wartości prowadzi do samounicestwienia demokracji.
To działa na poziomie wyborów parlamentarnych, to ma miejsce w edukacji szkolnej, która za pomocą praw ucznia i innych fantastycznych osiągnięć generuje rzesze „zabójców demokracji”.

Jaki wniosek? Tyle słuszny, co trudny do zastosowania:

Nasze edukacyjne oddziaływanie musi wyprzedzać uruchomienie wszystkich procedur demokratycznych.
Nie mam pojęcia jak to zrobić, by na takich postulatach nie wjechały na nasze głowy zastępy jawnych autokratów, ale liderzy ruchów miejskich jakoś to wyczuwają.
Bo przecież te ruchy, wprawdzie powoli, ale budują nasze społeczeństwo przyszłości.

Co ma piernik do wiatraka, co BREXIT do Łomianek i kilku innych miejsc na naszym globie?

Wedle zgodnej opinii komentatorów decyzja Brytyjczyków, to triumf irracjonalności nad pozbawioną emocji kalkulacją zysków i strat. Wielu przekonywało Brytyjczyków, że czas podnieść się z kolan, że Brytania jest wielka, że skoro nie wszystko się układaje, to pewnie winni są obcy a już na pewno  struktury leżących gdzieś daleko. Takie teksty łatwo się sprzedaje. Rozhuśtać łódź ludzkich emocji nie jest trudno. Poprowadzić ją dalej do sensownego celu, to już znacznie trudniejsza sztuka.

Na totalnej negacji dotychczasowego porządku a praktycznie na hejcie sączonym w głowy obywateli wyjechała do władzy nie jedna ekipa na wielonarodowym, krajowym i naszym lokalnym podwórku. Abstrahuję tu od faktu, że poprzednicy swymi działaniami bardzo pomogli w wylansowaniu się nie jednemu zbawcy narodu.

Czy więc skazani jesteśmy na rządy irracjonalności? A kłamstwa, zwane obietnicami wyborczymi, nie będą poddawane racjonalnemu osądowi, lecz kupowane jak bajki dla dzieci?

Odpowiedź brzmi: będziemy oszukiwani tak długo, jak długo będziemy się dawali oszukiwać. I będzie to dotyczyć nie jakiś elit, awangard czy innej świadomej części narodu, lecz przeważającej części mieszkańców tego czy innego skrawka świata.

Jest więc wielka robota do wykonania. Nie zrobią tego politycy ani nadzorowane przez nich systemy edukacyjne, nie zrobi biznes ani biurokracja, bo im wszystkim całkiem z tym dobrze. Nieświadomy, bezkrytyczny obywatel, to gwarancja, że można nadal grać w tę grę.

Społeczeństwo obywatelskie, to nie zachcianka wymyślona przez intelektualistów, to antidotum i rozpaczliwie potrzebny ratunek dla społeczeństw, które zaczynają zmierzać w bardzo niebezpieczną stronę. Paradoks polega na tym, że to społeczeństwo, ten sposób myślenia musi zbudować się sam. Wątłe struktury społeczeństwa obywatelskiego muszą zbudować to społeczeństwo w masowej skali. Innej drogi nie widać.

Hej! Zaczekajcie chwilę.
 
Wiem, że właśnie biegniecie załatwiać coś, co nie może czekać. Ale trzeba się kiedyś zatrzymać i pogadać o sensie tego co robimy.

Spędziłem w Toruniu dzień

w towarzystwie wspaniałych ludzi, aktywnych, zapracowanych i zadowolonych z tego, co robią dla innych. To było zebranie założycielskie federacji Kongres Ruchów Miejskich. Po pracowitym dniu ten żywiołowy ruch rozpoczął proces przeistaczania się w strukturę organizacyjną. Powodem takiej decyzji jest zamiar stworzenia narzędzia dla skuteczniejszego rozgrywania relacji ze światem zewnętrznym, z naszymi partnerami, konkurentami, rywalami a także wrogami. Cel zbożny i niekwestionowalny.

Konsekwencji jest jednak więcej.

Obok pragmatycznej skuteczności pojawi się usztywnienie reguł, hierarchia organizacyjna, wewnątrzorganizacyjne gry interesów i wiele innych rzeczy, które niesie ze sobą każde zorganizowanie.

Trzymam kciuki

za władze naszego ruchu by potrafiły minimalizować to, co jest przeżytkiem XIX-wiecznej spuścizny tradycji organizacyjnej, by zachowały otwartość struktur i zdolność do adaptowania się do niespodziewanych nawet okoliczności, byśmy potrafili być nadal tak samo różnorodni i jeszcze bardziej kreatywni.

Nade wszystko jednak zależy mi na jednej rzeczy.

Na tym, by zrobić wysiłek na rzecz poszerzenia naszego grona. Jest zbyt wiele miast, w których nie ma nic, co możnaby nazwać jakąkolwiek partycypacją, w których nie narodził się nawet skromy ruch miejski a zalążki obywatelskiego myślenia zabijane są z całą bezwzględnością, jaką dysponuje wadza. Nie ma w tej sprawie łatwych rozwiązań, ubywa też chyba sojuszników ale
kto postawi na nogi ten naród, jak nie my – ludzie którym chce się coś zrobić dla innych?

Truizm Altruizm

Społecznik to altruista, nieprawdaż? Tak się przynajmniej wydaje, bo inaczej po co by to wszystko robił?

Ale taki samotny Mohikanin, taki wolny aktywistyczny elektron, to z punktu widzenia budowy społeczeństwa obywatelskiego, osiągnięcie mizerne. Raczej bliżej klęski, niż sukcesu.

Aktywna społeczność mieszkańców czy połączona innym spoiwem grupa, która czegoś chce dokonać, to dopiero jest coś. To nadzieja aktywnego i obywatelskiego jutra.

A jak tu z altruizmem?

Przyglądam się takim grupom, wytężam zmysły i to co wysuwa się na plan pierwszy, to wspólnota interesów. Obrona przed zagrożeniem ze strony dewelopera, protest, bo władza coś odbiera, albo nie daje a powinna, chęć wypromowania albo wręcz sprzedania artystycznych dokonań grupy itp., itd.

Nie jestem cynikiem.

To wszystko służy jakimś wartościom, często zbożnym celom. Ale jak by nie patrzeć, bez wspólnego egoizmu rzeczy raczej się nie kleją.

Magia aktywności społecznej polega jednak na tym, że gdzieś w przestrzeni musi zderzyć się ze sobą żywioł

egoizmu z pierwiastkiem altruistycznym,

który ten ruch poprowadzi i nada mu rys szlachetności. Inaczej inicjatywa zdryfuje w stronę awanturnictwa albo, co gorsza, w  politykę.

Ze względu na tę „dialektykę” altruizmu i egoizmu prawdziwe ruchy społeczne bardzo rzadko są całkowicie demokratyczne.

Z tego samego powodu, gdy owego Ing i Jang nie uda się posklejać, los liderów grupy często kończy się osamotnieniem, chyba że… egoistyczną wspólnotę interesów uda się przekształcić w sieć powiązań i komunikującą się otwartą społeczność.

Luźna sieć łatwiej przetrwa transformację od wspólnoty interesów do obywatelskiej współodpowiedzialności, niż na siłę podtrzymywana hierarchiczna struktura organizacyjna.

Watchdog nie wierzy w demokrację? 

Przejrzałem poprzednie teksty z cyklu Organizacje jutra. W każdym jest o strukturach i formalizacji. Może czas napisać o czymś innym.
Byłem na spotkaniu watchdogów. Fantastyczni ludzie, świetna prezentacja, brawo Alina Czyżewska! Działający tam ludzie są dobrze zorientowani w prawie samorządowym i w wielu innych przepisach , wiedzą gdzie i czego szukać, potrafią wygrywać w sądach ze zbrojnymi w kancelarie prawne władzami. Są po prostu doskonale przygotowani. Gdy zestawi się ich obraz z miernotami zasiadającymi w radach miejskich lub gminnych nie mówiąc o samorządzie sołeckim czy osiedlowym, to każdemu musi nasunąć się pytanie:

Dlaczego to nie oni rządzą?

Dlaczego społecznicy i pasjonaci budowania społeczeństwa obywatelskiego nie tworzą rad miejskich i gminnych?
Być może ludzie by ich nie wybrali. (Ludzie ostatnio różne dziwne rzeczy wybierają.) Ale jest też inna ważna bariera. Otóż ci wspaniali ludzie bardzo często uważają, że polityka, także ta lokalna, nie jest dla nich. Część z nich powiedziałaby nawet, że polityka jest brudna i szybko brudzi tych, którzy do niej się włączą.

I to mnie załamuje.

Powiecie, że to nienajlepszy czas by wyznawać wiarę w demokrację. Może. Piszę wszak o organizacjach jutra więc może na to jutro trochę przyjdzie poczekać. Kiedy by to nie nastąpiło, to przełamanie stereotypu polityki jako czegoś, co nie jest dla porządnych ludzi, jest konieczne.

Takie wyobrażenie skazuje demokrację na porażkę.

Robota robiona przez watchdogi jest i zawsze będzie, potrzebna ale jeszcze bardziej potrzebujemy mądrej władzy przedstawicielskiej. Jest nie fair wobec nas obywateli, powstrzymywanie się przed udziałem w tych gremiach.

Oczywiście watchdogi wierzą w demokrację ale warto też ją robić a nie tylko recenzować.

O mnie

Ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim socjologię w specjalności socjologii organizacji.

Pierwszym moim miejscem pracy był Instytut Organizacji i Kierowania.

Po jego rozwiązaniu przez pięć lat wykładałem socjologię organizacji na Politechnice Warszawskiej.

Następnie odbyłem dwuletnie studia podyplomowe i roczną praktykę badawczą w wiedeńskim Institut für Höhere Studien w zakresie socjologii organizacji i metod matematycznych.

Po powrocie do kraju pracowałem w Instytucie Kultury i Instytucie Studiów Politycznych.

Następnie, po wygranym konkursie, objąłem stanowisko dyrektora Biura Reklamy TVP. Wówczas była to wyodrębniona jednostka organizacyjna posiadająca własny budżet i służby funkcjonalne. W ciągu sześciu lat kierowania nią, z prostego biura posiadającego kilka małych komputerów, przekształcona została w jedno z przodujących w Europie biur sprzedaży. Posiadała system komputerowy oparty na najnowszych osiągnięciach zagranicznych. Wdrożono zarządzanie przez cele i zarządzanie procesami, autorski system ocen pracowniczych oraz innowacyjne metody sprzedaży. Biuro zatrudniało 70 osób a obroty wynosiły pół miliarda złotych rocznie.

W tym czasie uczestniczyłem w pracach międzynarodowej organizacji European Group of Television Advertising z siedzibą w Brukseli, by w końcowym okresie stać się członkiem jej zarządu.

Następnie zostałem zaangażowany przez jeden z największych koncernów medialnych WPP z zadaniem zorganizowania i poprowadzenia polskiego oddziału agencji reklamowej Mindshare.

Kolejnym wyzwaniem była prezesura Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy w Polsce. W owym czasie była to najważniejsza organizacja reprezentująca interesy mediów, agencji reklamowych i reklamodawców. Rola Stowarzyszenia polegała na utrzymywaniu kontaktu z przedstawicielami rządu i parlamentu oraz komentowanie w mediach zagadnień związanych z reklamą.

Równolegle utworzyłem własną firmę Instytut Mediów zajmującą się audytem mediowym i doradztwem. Prowadzę ją do dzisiejszego dnia współpracując z liderami tej branży z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Poza działalnością ściśle zawodową, angażowałem się w aktywność społeczną. Byłem przewodniczącym Solidarności w swoim instytucie w roku 1981. Nigdy nie należałem do żadnej partii.

Odbyłem szkolenie wojskowe ukończone w stopniu podporucznika rezerwy.

Jestem harcmistrzem ZHP i przodownikiem turystyki pieszej PTTK.

Żona jest absolwentką Akademii Teologii Katolickiej a syn pracuje w Orange Labs jako główny specjalista.

Strona korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookies w Twojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Pliki cookies (ciasteczka) to dane informatyczne - pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniu użytkownika. Używane są w celu dostosowania wyglądu strony internetowej do preferencji użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych. Używane są również w celu tworzenia anonimowych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych. Statystyki te umożliwiają polepszanie struktury i zawartości stron www.


  Na naszej stronie stosowane są dwa rodzaje plików cookies - sesyjne oraz stałe. Sesyjne są plikami tymczasowymi, które pozostają w urządzeniu użytkownika, aż do wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). Stałe pliki pozostają w urządzeniu użytkownika przez czas określony w parametrach pliku albo do momentu ich ręcznego usunięcia przez użytkownika.


  Standardowo oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych domyślnie dopuszcza umieszczanie plików cookies w urządzeniu użytkownika. Możesz zablokować w swojej przeglądarce mozliwość zapisu cookies. Jednak wybór tej opcji automatycznie zablokuje Ci możliwość korzystania z szeregu funkcji na naszej stronie. Nie możemy także zagwarantować, że oferowane na naszej stronie usługi będą działać w zaplanowany sposób i zgodnie z ich przeznaczeniem.


  Więcej informacji na temat blokowania plików typu cookies w Twojej przeglądarce znajdziesz w zakładce "pomoc" przeglądarki.