AirDuctors.net

 
Smaller Default Larger

Waga struktury i ciężar struktury

 
Poszedłem na lokalne spotkanie Nowoczesnej. Wśród jego uczestników rozpoznałem ludzi, którym zdarzyło się kandydować z komitetów o jakże odmiennym podejściu do demokracji niż dziś wygłaszane teksty. Cóż, tak bywa ze strukturami. Jeśli organizacja jest na fali wznoszącej, garną się do niej różni ludzie.
Mówi się, że struktury są silną bronią i atutem partii politycznych i innych organizacji.

Czyżby?

Co zdarzyło się od ostatnich wyborów? Jakie partie pną się w sondażach i deklasują rywali? Czy nie jest to Nowoczesna prawie pozbawiona struktur i zadziwiająco mocno trzymający się Kukiz? Co w ostatnich wyborach dały rozbudowane struktury SLD czy PSL?
Z pewnością tak kiedyś było, że rząd dusz zdobywało się przez terenowe struktury. Ale dziś mobilizować zwolenników można całkiem inaczej. Rozmowa przy płocie wysłannika „struktury” jest świetna ale po pierwsze, te struktury dawno tego już nie robią a po drugie posiadanie tej armii zaciężnej to także obciążenia.

Jakie tam znowu obciążenia?

Bardzo poważne. To ich istnienie powoduje, że zwycięska partia nie obsadza stanowisk najlepszymi ludźmi, tylko zasłużonymi ze swojego zaplecza. To jedne struktury walczą o prymat z innymi, tworzą sieć powiązań a po chwili to już tylko koterie i spółdzielnie.

Ale tu chodzi o demokrację wewnątrzorganizacyjną!

No nie koniecznie. Są organizacje, w których struktura służy wyłącznie do dyscyplinowania i ruchy bez struktury generujące masę oddolnej spontanicznej aktywności.

I dochodzę wreszcie do prowokacyjnej jak zwykle konkluzji.

Struktury w każdej organizacji są w dużym stopniu obciążeniem. Zwłaszcza w organizacjach, które są najbardziej potrzebne, czyli w takich które budują świadomość obywatelską. Ich zadania są w charakterze podobne do celów partii politycznej lecz w treści daleko poważniejsze. Nie budują bowiem poparcia dla tych czy innych polityków lecz dla zasad, standardów i idei.
Otóż takim organizacjom struktury w tradycyjnym sensie na niewiele się zdają. Tu najważniejsi są zwolennicy, fani czy entuzjaści i ich spontanicznie kształtujące się grupy.

Hierarchiczne struktury to XIX wiek , XXI wiek to sieci, społeczności i k o m u n i k a c j a.

Mikro czy makro?

 
Przygotowywaliśmy spotkanie osiedlowe. Banał, nic nadzwyczajnego. Są zawsze tacy, co robią większość roboty, tak już mają. Ale jakieś drobne rzeczy przygotowały osoby ogólnie niezbyt aktywne. Ktoś powie – tylko z nimi kłopot, sam bym zrobił i byłoby mniej zachodu.
To prozaiczne zdarzenie nasuwa ogólniejsze pytanie:

Po co komu organizacje pozarządowe?

No przecież nie po to by zaoszczędzić na kosztach organizacji imprez robionych przez społeczników. Nie po to by zapełnić czas tym, którzy go mają za dużo.
Tu chodzi o coś wielokrotnie ważniejszego, o zmianę w głowach większości ludzi wspólnie z nami mieszkających.

O jaką zmianę?

Ogólnie to wiadomo ale warto przypomnieć. Chodzi o zwalczenie wirusa poddaństwa, który gdzieś tam plącze się w genotypach, chodzi o przezwyciężenie homo sovieticusa, który każe traktować władzę jak okupanta a sąsiada jak cwaniaka w kolejce po papier toaletowy.

A jakie mamy na to lekarstwo?

A no właśnie, nie wielkie korporacje NGO, nie zaharowani do upadłego działacze osiedlowi tylko panie, które uda się namówić by upiekły ciasto na imprezę albo chłopaki, które rozniosą zaproszenia.
W tym wypadku nie jakość jest priorytetem a ilość. Ta ilość drobnych uczynków przekłada się na masowy efekt, który musimy osiągnąć by nie zapaść się cywilizacyjnie
My, organizacje pozarządowe jesteśmy po to, by mnożyć miko-aktywności a nie koniecznie po to by kreować makro-przedsięwziecia.
O ile działanie organizacji pozarządowych i wspierających je funduszy i grantów nie przekłada się na przekształcanie zbiorowej świadomości, powinno być czym prędzej zastąpione profesjonalnymi usługami społecznymi. Będzie taniej i mniej udawania.

Organizacja i finansowanie trzeciego sektora musi generować mikroaktywności na masową skalę, inaczej zawalimy makro-sprawy.

Zrób to ekstensywnie

Dużo ostatnio testów o społeczeństwie obywatelskim. Wiele dobrych diagnoz i wyjaśnień dlaczego nie zadziałało. Coś się zaczyna zmieniać, może za sprawą tego, że jak pisze Marcin Król, „społeczeństwo to dostało kopa w dupę”. Zmiana ta jednak dotyczy aktywności tych, którzy społeczeństwo obywatelskie rozumieją albo przynajmniej intuicyjnie wyczuwają jego potrzebę.

A co z resztą?

Kiedy organizujemy cokolwiek, naszą główną troską często jest pobudzenie do działania „naszych ludzi”. A co dzieje się z dziesiątkami gapiów, którzy się nam przypatrują? Często na ich twarzach wcale nie maluje się aprobata, nieraz mamy wrażenie, że patrzą na nas bezmyślnym wzrokiem. Ale chcemy, czy nie, to oni koniec końców zdecydują, czy będziemy mieli tu nad Wisłą organizacje jutra, czy tylko zorganizowane oddziały wspierania rządu a z drugiej strony pozarządową partyzantkę.

Dzisiejsze organizacje

… to zbyt często zamknięte kręgi sympatycznych ludzi połączonych jakąś pasją. To jest bardzo potrzebne ale dalece niewystarczające. Czy nie jest przypadkiem tak, że im lepiej jesteśmy w naszej organizacji zintegrowani, im bardziej jesteśmy wyraziści i wierni swoim ideałom i fascynacjom, tym bardziej odjeżdżamy z pola widzenia przeciętnego mieszkańca?

Spróbujmy

… rozluźnić więzy łączących nas relacji, zrobić trochę przestrzeni, nie oczekiwać deklaracji na śmierć i życie, pokazać, że zasadą a nie patologią jest, że ktoś wpada tylko raz a kto inny tylko kliknie w Internecie.

Zwarte szeregi są dobre na wojnie

… a nieostre, rozmyte struktury dużo lepiej infiltrują otoczenie.
Trzeba przestawić celowniki. Obrócić je bardziej na zewnątrz. Za każdym razem zadawać sobie pytanie, ile ludzi nieuczestniczących w naszych działaniach pomyślało: „może jednak mają rację”.

Zamieńmy intensywność działań na ekstensywną uprawę ludzkich umysłów, inaczej wszystko będzie zaorane.

 czyli antyporadnik NGO

motto: Zrób wszystko odwrotnie niż ci radzą a jeśli masz power to osiągniesz sukces.
Mniej hierarchicznie, bardziej spontanicznie, pomysłowo i długofalowo – z tym wszyscy się zgadzają. Pytanie, jak we współczesnym dynamicznym świecie prowadzić organizację i nie gubić z niej co chwilę czegoś, nie jest już tak banalne i nie wystarczy na nie odpowiedzieć jak wyżej.
Dużo do myślenia dał mi artykuł Piotra Frączaka (http://www.cal.org.pl/wp.../uploads/2015/02/AZP_1_2015.pdf). Zawarta w nim jest m.i. argumentacja na rzecz użyteczności formalnych struktur i procedur rejestracyjnych. Dają one organizacji trwałość, bo usztywniają wewnętrzne zasady. Nie pozostawiają jej na łasce spontaniczności i motywacji przywódców. Zapewniają sukcesję, ułatwiają rozwiązywanie wewnętrznych różnic zdań kreując reguły podporządkowania się większości.

Zgoda, to wszystko prawda.

Mam jednak nieodparte wrażenie, że to ciągle dotyczy tworów, które nie są nam niezbędnie potrzebne. No dobra, nie zawsze i nie wszędzie. Mnie nieustannie interesuje aktywność elementarna, na najniższym możliwym poziomie i taka, którą można by zarazić przeciętnego człowieka. Otóż dla takiej aktywności organizacja może być, ale nie musi.
Na zadane na wstępie pytanie odpowiedziałbym pytaniem:
A nie lepiej gubić to co nieistotne by pozostawało tylko to co naprawdę ważne?

Pojadę trochę po bandzie.

A może ideałem jest luźna galaktyka jednostek, z których każdy czuje się liderem. Gdzie nikt nikogo nie przegłosowuje by zapewnić trwałość struktur. Gdzie wyrocznią nie jest gdzieś zarejestrowany statut a powaga organizacji nie wynika z wydrukowanego na papierze firmowym numeru KRS. Sposób zorganizowania wyznaczany jest autorytetem spontanicznych liderów, ich kadencja trwa tak długo jak ich charyzma, ilość ludzi gotowych podporządkować się ich pomysłom jest wprost proporcjonalna do ich zdolności przywódczych a nie do rejestru członków .
Powiecie, to jest niepraktyczne, takie aktywności znikają jak poranna rosa.
Oczywiście, najczęściej tak, ale nie to jest najważniejsze by trwały.

I tu dochodzę do sedna .

Piszę tu o dziwnym świecie. Świecie wolnych, swobodnych, nastawionych prospołecznie i pełnych chęci działania jednostek. Takich, które zakończywszy jedną aktywność wpadają w wir kolejnej. Tylko w takim środowisku, to co piszę ma sens.
Takiego świata nie ma... ale istnieją takie jednostki, jest ich coraz więcej i dla nich warto myśleć o organizacjach jutra. Warto nie zanudzić ich dziewiętnastowiecznymi procedurami i formalnościami bo one służą bardziej organizacjom, niż aktywnościom. A przecież:

Jest dużo organizacji bez aktywności i dużo aktywności bez organizacji.

Oto moje trzy grosze w interesującej wymianie myśli zainicjowanej przez Wiesław Bełz w Kongresie Organizacji Pozarządowych Województwa Śląskiego

Uwaga! Będę prowokował.

Organizacje społeczne, które tworzymy lub w których działamy, to muzeum, przeżytek, efekt przedinternetowego, pozbawionego nowoczesnych sposobów komunikacji myślenia. Te przedsięwzięcia obarczone są dziewiętnastowiecznym schematem papierowej dokumentacji, hierarchicznej i statutowo usztywnionej struktury organizacyjnej. Każą nam organizować się w nieprzystających do potrzeb ramach.

Czy można inaczej?

Tak, można. I robimy to często mimo tkwienia w starych schematach. Warto sobie uświadomić, że te nietypowe lub pozastatutowe rozwiązania coraz częściej są istotą naszej działalności. Tworzymy struktury organizacyjne jutra, użyteczne i niezbędne już dziś.

O jakie rozwiązania chodzi?

Najbardziej charakterystyczną cechą tych struktur jest zmienność, nieciągłość, elastyczność w dostosowywaniu organizacji do zmieniających się okoliczności. Zbiorowe społeczne przedsięwzięcia (bo przecież nie koniecznie organizacje) powstają najczęściej spontanicznie, tworzą wewnętrzną strukturę powiązań i komunikacji (bo przecież nie koniecznie władzy) i niejednokrotnie równie szybko znikają lub przekształcają się w coś całkiem innego.

Ubolewamy nad zanikiem aktywności...

a to przecież najnormalniejszy stan dynamicznych, nieskrępowanych sztucznymi formalizacjami działań społecznych. Ludzie przenoszą swoją aktywność z jednego pola na drugie, bo co innego staje się dla nich ważne czy atrakcyjne. Tkwienie w organizacji bo kiedyś się zapisałem, wykonywanie obowiązków członkowskich, uczestniczenie w walnych zgromadzeniach... kogo coś takiego kręci? Są dziesiątki zaproszeń, które codziennie można znaleźć w sieci i gdzie indziej. Możesz robić te wszystkie fajne rzeczy a następnego dnia zacząć coś kompletnie innego. Kto ci zabroni? Jesteś wolnym aktywnym człowiekiem i na tym polega twoja aktywność, że nie musisz tkwić w jakiejś zakonserwowanej strukturze.

Skorupa to nie sedno

Oczywiście, że minimum formalizacji jest niezbędne do kontaktowania się z zewnętrznym światem. Niestety otoczenie instytucjonalne jest nie tylko sformalizowane ale i zbiurokratyzowane. Musimy więc wytworzyć interfejs, który zapewni nam korzystne relacje z tym światem. Ale błagam, nie traktujmy tej zewnętrznej skorupy jako istoty naszego działania. KRS, REGON, NIP nawet statut - to wszystko jest nasz trybut na rzecz zewnętrznego biurokratycznego porządku.

Co jest więc istotą?

No właśnie. Nie zobowiązania członkowskie, nie deklaracje, nie zapisana w statucie misja stanowi napęd aktywności naszych ludzi.

Powiem to brutalnie, ten pozytywny ruch generowany jest przez atrakcyjność naszych działań. Dla jednych atrakcją będzie okazja do spotkania fajnych ludzi, dla innych zaistnienie jako organizator, dla jeszcze innych obrona przed pojawiającym się zagrożeniem lub szansa na realizację ideałów. To i tylko to jest prawdziwym spoiwem, reszta to tylko mniej lub bardziej użyteczne narzędzia. Sztywne struktury zastępuje sieć wielorakich powiązań i relacji. Zamiast zebrań - Facebook i fora. Zamiast statutowych deklaracji celów - przywództwo i poczucie wspólnoty wartości. No i do tego ogromna ilość komunikacji: internetowej, telefonicznej i każdego rodzaju. Tak funkcjonuje autentyczna aktywność społeczna. Są oczywiście korporacje NGO, które działają dokładnie odwrotnie ale te (po)twory mnie nie interesują.

Przykład

Czteroosobowa grupa nieformalna skupiona wokół spraw zagospodarowania przestrzennego. Niebawem okazuje się, że oprócz urbanistyki są inne fajne rzeczy. Startują spotkania ludzi pozytywnie zakręconych. Przewija się kilkadziesiąt osób. Nadchodzą wybory samorządowe. Grupa przekształca się w komitet wyborczy. Po wyborach powstaje fundacja. Formalnie jest w niej tylko kilka osób. Jej głównym celem jest możliwość uzyskiwania dofinansowań. Nieustannie podejmowane są różne działania. Dokładnie nie wiadomo czy organizuje je fundacja czy powstałe wcześniej stowarzyszenie zwykłe, czy też grupa nieformalna. Spontanicznie ukształtowało się przywództwo, fora komunikacji, sposoby uzgadniania ważnych rzeczy. To wszystko działa, bo się ludziom chce, bo ciągle są tacy, dla których jest to atrakcyjne.

Tyle i tylko tyle. Moja konkluzja: są rzeczy, od których wszystko zależy i rzeczy na których nie musi nam zależeć.

Musi nam zależeć na atrakcyjności a reszta niech będzie tak spontaniczna jak to tylko możliwe

Jedna z gazet przeprowadziła rozmowy z współpracownikami pewnego polityka i taki powstał oto obraz.

Ma pełnię władzy. Napawa się nią. Cieszy go czołganie opozycji. Im bardziej, tym lepiej. Wtedy jest rozluźniony, uśmiechnięty. Bawi się tym. Inny rozmówca wspomina, że sprawia mu przyjemność patrzenie na upadek PO. Teraz są nikim. Są petentami, których jednym zdaniem można zdjąć z mównicy.

Inni mówią też o jego wściekłości. Jest wściekły na znaczną część społeczeństwa. Aż takiego niezadowolenia się nie spodziewał. Tłumaczy to działaniem mediów.

Ten obraz mieszkańcom Łomianek nie jest obcy. Ale żeby aż w warszawskiej prasie go opisywać? 

O mnie

Ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim socjologię w specjalności socjologii organizacji.

Pierwszym moim miejscem pracy był Instytut Organizacji i Kierowania.

Po jego rozwiązaniu przez pięć lat wykładałem socjologię organizacji na Politechnice Warszawskiej.

Następnie odbyłem dwuletnie studia podyplomowe i roczną praktykę badawczą w wiedeńskim Institut für Höhere Studien w zakresie socjologii organizacji i metod matematycznych.

Po powrocie do kraju pracowałem w Instytucie Kultury i Instytucie Studiów Politycznych.

Następnie, po wygranym konkursie, objąłem stanowisko dyrektora Biura Reklamy TVP. Wówczas była to wyodrębniona jednostka organizacyjna posiadająca własny budżet i służby funkcjonalne. W ciągu sześciu lat kierowania nią, z prostego biura posiadającego kilka małych komputerów, przekształcona została w jedno z przodujących w Europie biur sprzedaży. Posiadała system komputerowy oparty na najnowszych osiągnięciach zagranicznych. Wdrożono zarządzanie przez cele i zarządzanie procesami, autorski system ocen pracowniczych oraz innowacyjne metody sprzedaży. Biuro zatrudniało 70 osób a obroty wynosiły pół miliarda złotych rocznie.

W tym czasie uczestniczyłem w pracach międzynarodowej organizacji European Group of Television Advertising z siedzibą w Brukseli, by w końcowym okresie stać się członkiem jej zarządu.

Następnie zostałem zaangażowany przez jeden z największych koncernów medialnych WPP z zadaniem zorganizowania i poprowadzenia polskiego oddziału agencji reklamowej Mindshare.

Kolejnym wyzwaniem była prezesura Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy w Polsce. W owym czasie była to najważniejsza organizacja reprezentująca interesy mediów, agencji reklamowych i reklamodawców. Rola Stowarzyszenia polegała na utrzymywaniu kontaktu z przedstawicielami rządu i parlamentu oraz komentowanie w mediach zagadnień związanych z reklamą.

Równolegle utworzyłem własną firmę Instytut Mediów zajmującą się audytem mediowym i doradztwem. Prowadzę ją do dzisiejszego dnia współpracując z liderami tej branży z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Poza działalnością ściśle zawodową, angażowałem się w aktywność społeczną. Byłem przewodniczącym Solidarności w swoim instytucie w roku 1981. Nigdy nie należałem do żadnej partii.

Odbyłem szkolenie wojskowe ukończone w stopniu podporucznika rezerwy.

Jestem harcmistrzem ZHP i przodownikiem turystyki pieszej PTTK.

Żona jest absolwentką Akademii Teologii Katolickiej a syn pracuje w Orange Labs jako główny specjalista.

Strona korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookies w Twojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Pliki cookies (ciasteczka) to dane informatyczne - pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniu użytkownika. Używane są w celu dostosowania wyglądu strony internetowej do preferencji użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych. Używane są również w celu tworzenia anonimowych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych. Statystyki te umożliwiają polepszanie struktury i zawartości stron www.


  Na naszej stronie stosowane są dwa rodzaje plików cookies - sesyjne oraz stałe. Sesyjne są plikami tymczasowymi, które pozostają w urządzeniu użytkownika, aż do wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). Stałe pliki pozostają w urządzeniu użytkownika przez czas określony w parametrach pliku albo do momentu ich ręcznego usunięcia przez użytkownika.


  Standardowo oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych domyślnie dopuszcza umieszczanie plików cookies w urządzeniu użytkownika. Możesz zablokować w swojej przeglądarce mozliwość zapisu cookies. Jednak wybór tej opcji automatycznie zablokuje Ci możliwość korzystania z szeregu funkcji na naszej stronie. Nie możemy także zagwarantować, że oferowane na naszej stronie usługi będą działać w zaplanowany sposób i zgodnie z ich przeznaczeniem.


  Więcej informacji na temat blokowania plików typu cookies w Twojej przeglądarce znajdziesz w zakładce "pomoc" przeglądarki.