AirDuctors.net

 
Smaller Default Larger
W podwarszawskich Łomiankach od lata rządzi autorytarna władza. Wspiera się na dwu ściśle powiązanych z nią organizacjach: ultraprawicowym stowarzyszeniu zajmującym się zwalczaniem wszystkiego co liberalne, ze szczególnym zamiłowaniem do niszczenia Platformy Obywatelskiej oraz stowarzyszeniu właścicieli gruntów i deweloperów, którzy obok obrony swoich interesów specjalizują się w kampaniach nienawiści wobec społeczności mających inne zdanie.
Znakiem rozpoznawczym tej władzy jest wykorzystywanie do budowania poparcia

lokalnych konfliktów

oraz interesów różnych grup. Deweloperzy potrzebują szerokiej drogi prowadzącej do inwestycji, więc przepycha się ją na siłę, za nic mając opór mieszkańców. Lobby piłkarskie uszczęśliwia się stadionem ligowym, właścicielom gruntów obiecuje odrolnienia i warunki zabudowy. Charakterystyczne jest, że za każdym razem, gdy idzie się na rękę jednej grupie, robi się to w opozycji lub z lekceważeniem innych. Takie rozgrywanie jednych przeciwko drugim, jest dużo łatwiejsze niż próba rozmowy w kategoriach

dobra wspólnego.

Zresztą ta kategoria z biegiem lat przestaje w ogóle funkcjonować, bo nauczono się, że jeśli ktoś się na nią powołuje, to chodzi mu o jakiś partykularny albo pokrętny interes.
Taka koncepcja sprawowania władzy świetnie się sprawdza dopóki po drugiej stronie mamy zatomizowane grupy mieszkańców oraz lokalnych polityków nawykłych do operowania takimi samymi kategoriami.

Ale wszystko ma swój kres.

W tej chwili na terenie gminy otwartych jest około 20 konfliktów, czyli ilość oznaczająca przekroczenie pewnej masy krytycznej. Po stronie opozycji pojawiły się nowe podmioty nie obciążone udziałem w grze pod tytułem „dziel i rządź” a jednocześnie śmiało operujące pojęciami uznanymi przez gminny establishment za bezużyteczne, takimi jak: dobro wspólne, empatia, szacunek dla słabszych czy nawet kompromis.
Miecz zarządzania przez konflikt zaczyna obracać swe ostrze w drugą stronę.
 
Zrobiliśmy serię badań fokusowych. W małym miasteczku, bez żadnego finansowania, siłami wolontariatu. Domorośli eksperci od wszystkiego pukali się w czoło. Przecież każdy wie, co ludzie myślą. Mamy doświadczenie i nie będą jakieś ruchy miejskie uczyć kur jajka znosić.

A jednak.

Przede wszystkim okazało się w jak hermetycznej bańce zamknięte są nasze poglądy, jak dalece projektujemy nasz sposób rozumowania na innych ludzi. Najlepiej widać na przykładzie wyobrażeń o idealnym burmistrzu. Były oczywiście różne. Znacząca ich część malowała obraz twardej dominującej jednostki, której boją się wszyscy poza tymi, którymi ów mąż opatrznościowy się opiekuje. Obraz ten bardziej przypominał bossa mafii wołomińskiej, niż progresywnego, nastawionego na słuchanie mieszkańców przywódcę nowoczesnego miasta.
Tu warto zadać sobie pytanie, czy ci którzy robili dotychczas swe kampanie na wyczucie, nie podlegali efektowi bańki informacyjnej?

Moja hipoteza brzmi:

to działo się na innej zasadzie. Zwycięzcy różnych wyborczych potyczek hołdowali tym samym uproszczonym i autorytarnym poglądom, co duża rzesza ich wyborców. Nie zamierzali uczynić miasta ani bardziej uczciwym, ani sprawiedliwym, ani nowoczesnym. Powtarzali kalki słowne i byli odbierani, może nie jako najlepsi, ale jako swoi. My natomiast chcieliśmy czegoś, co nie wyrastało z owych autorytarnych definicji świata. W tym sensie celnie ujął to jeden z uczestników zebrania wyborczego, „byliśmy z kosmosu”.

Czy jest jakieś wyjście z tego zaklętego kręgu?

Musimy wykonać pionierską pracę przetłumaczenia nowoczesnych i progresywnych postulatów na język zrozumiały na gruncie autorytarnego obrazu świata. Czy to jest możliwe? Nie wiadomo. Jedno jest pewne
łatwo nie zrezygnujemy.
 
czyli jak sobie radzić z radami ekspertów?
 
Na progu kampanii wyborczej z każdego zakątka wyłaniają się różni eksperci. Lepsi i gorsi, drodzy i całkiem bezpłatni. A do nas, osób, które chcą dzięki tej kampanii coś osiągnąć, należy niełatwa decyzja, czy z ich dobrych rad skorzystać, czy nie.
Rzadko, który z takich mądrali dysponuje tym, co dla kampanii kluczowe, czyli diagnozą, albo inaczej,

wyczuciem sytuacji.

To najczęściej większość z nas wie lepiej niż każdy z nich. Ale lepiej, to nie koniecznie znaczy dostatecznie dobrze. Funkcjonujemy w dość jednorodnych środowiskach, które utrudniają nam zrozumienie sposobu myślenia, ludzi spoza naszego kręgu, czyli, co tu wiele mówić, naszych potencjalnych wyborców.
Jeśli twój ekspert, nie zaczyna od tego, by pomóc ci zrozumieć wyborców, ale nie tych, którzy i tak na ciebie zagłosują, tylko takich, których spróbujecie dopiero do tego namówić, to jest to pierwszy sygnał ostrzegawczy.
Przeglądając różne książki dotyczące marketingu politycznego i strategii reklamowych natknąłem się na ideę, która szczególnie do mnie przemówiła. Podejście to efektownie nazwano

disruption

(oczywiście musi być po angielsku). Słownikowo, to przerwanie ciągłości, zakłócenie. Autorzy namawiają nas do kwestionowania ustalonego porządku i poddawania w wątpliwość sprawdzonych uznanych zasad.
No i wydawać by się mogło, że w ten sposób mamy z głowy natrętne rady ekspertów.
Okazuje się, że nie całkiem. Bo ciąg dalszy jest taki:
„Na początku trzeba rozpoznać konwencje ograniczające swobodę myślenia. Następnie trzeba je zakwestionować stosując radykalne, nowe, zaskakujące idee. Towarzyszyć temu musi klarowna świadomość wizji – tego dokąd zmierzamy i jak daleko chcemy zajść jutro.”*
Nie przeganiajmy więc eksperta kijem, poznajmy dzięki niemu konwencje i włączmy własną kreatywność.
*) Disruption Live, Jean-Marie Dru,2003
 
 
 
Wbrew pozorom maksymalizacja obu tych celów nie wydaje się równocześnie możliwa. Dlaczego?
Kilkunastoletnie doświadczenia ruchów miejskich pokazują, że osób podzielających dogłębnie cały dekalog wartości ruchów miejskich jest w poszczególnych miastach

ok. 5-10%.

Zdobycie takiej ilości głosów raczej nie przełoży się na żaden udział w realnej władzy.
Jeśli któryś z tych ruchów, chciałby osiągnąć wynik dający możliwość wpływania na losy miasta, musi wyjść poza zaklęty krąg 15 tez miejskich wyrytych w sercach działaczy. Musi znaleźć wspólny język ze zwykłym mieszkańcem miasta, który jeszcze nie tak dawno głosował na obecnego prezydenta/burmistrza. Mieszkaniec ten nie jest ani specjalnie nowoczesny, ani lewicowy, ma swoje mieszczańskie przyzwyczajenia i nie chce, by traktować go jak prymitywa. Takiego człowieka razi feministyczna maniera odmieniania wszystkiego przez „mieszkanki i mieszkańców”. Nie ma zrozumienia dla bezkompromisowej walki z samochodami w śródmieściu a rowerzystów toleruje, jeśli nie wchodzą mu w drogę.
Jak byśmy nie zaklinali rzeczywistości,

taka jest większość mieszkańców naszych miast.

Wybór jest prosty, albo szukamy sposobu, by ich do siebie przekonać, albo pozostajemy wiernymi głosicielami ortodoksji ruchów miejskich. Im jesteśmy w tym bardziej konsekwentni, tym trudniej nam przedrzeć się przez kilkuprocentową barierę. Nie łudźmy się też, że kilkumiesięczną kampanią w zgiełku przedwyborczym zmienimy poglądy wyborców. No way!
Prawdziwym wyzwaniem jest pogodzenie wierności ideałom z komunikacją akceptującą odmienność poglądów oraz z gotowością do wzięcia pod uwagę racji innych ludzi.
Kompromis i władza albo niezłomność i rola recenzenta.
Wybór należy do nas.
 
Zaproponowane przez rządzącą większość zmiany ustaw samorządowych zaskoczyły wszystkich. Utrudniły też klarowną klasyfikację na tych, którzy są za zwiększaniem demokracji i za jej ograniczaniem. Dla ruchów miejskich sytuacja jest prosta: propozycje idą w bardzo dobrym kierunku. Jak zwykle jest coś do poprawienia, ale nie chodzi o powstrzymanie zmian, jak często bywało, tylko o to, by poszły dalej.

Skąd taka zmiana?

Jak zwykle wyjaśnieniem jest miejsce siedzenia. Otóż Prawo i Sprawiedliwość we władzach samorządowych jest w mniejszości. Dotyczy to zwłaszcza miast na prawach powiatu, które proponowane zmiany w sposób szczególny demokratyzują. Czyli PiS jest tu w opozycji. Wynika z tego interesująca ogólna konstatacja.
Wyobraźmy sobie, jak pięknie wyglądałby świat, gdyby to, co zdarzyło się w tym wypadku, było regułą:

Władzę ustawodawczą sprawuje opozycja.

Kiedy Monteskiusz wymyślał trójpodział władz, taki obraz musiał chodzić mu po głowie. Praktyka demokracji poszła jednak w inną stronę. Powiedzmy sobie szczerze: podział władz między ustawodawczą a wykonawczą nie istnieje. Zdarza się w samorządach, może mieć miejsce w ustrojach prezydenckich ale w demokracjach, których jest na świecie najwięcej, nie jest w zasadzie możliwy.
Cały cywilizowany świat ma jeszcze co naprawiać, a realnym demokracjom daleko do ideału.
 
Dlaczego nie wygrywają wyborów samorządowych na masową skalę? Odpowiedź skrótowa brzmi: bo są zbyt rzetelne, ale to tylko część problemu.

Są rzetelne w nienowoczesnym rozumieniu tego słowa.

Czytając o marketingu politycznym napotkałem opis ewolucji, jaką z biegiem czasu przeszły kampanie polityczne. Początkowo ich celem było ulepszanie kandydatów i programów oparte o ideały i wartości przyświecające autorom. Liberałowie chcieli uszczęśliwić ludzkość swoimi pomysłami, socjaliści konstruowali wizję sprawiedliwego świata, a prawicowcy przywracali odwieczny boski porządek. Świat jednak zaczął się zmieniać, karierę zaczął robić marketing przyjmując mniej lub bardziej cyniczną postać. Warto zauważyć, że może on mieć także ludzką twarz i nie koniecznie musi polegać na wciskaniu produktów, których nikt nie potrzebuje. Taki marketing polega na skoncentrowaniu na potrzebach i pragnieniach odbiorców.
Umarketigowienie kampanii politycznych poszło dokładnie w takim samym kierunku. Alfą i omegą stały się preferencje wyborców. Jeśli oczekują gwiazdki z nieba – to się ją obiecuje, jeśli chcą rzeczy w dłuższej perspektywie dla społeczeństwa zgubnych – to się je daje. Taka postawa jest w równym stopniu demokratyczna, co nieuczciwa. Tak zaczyna działać cała machina polityczna współczesnego świata.

A ruchy miejskie?

One pozostały na poprzednim etapie rozwoju, czy jak kto woli dewastacji, systemów politycznych. Mają swój dekalog celów (15 Tez Miejskich), przejmują się takimi wartościami jak zrównoważony rozwój, miasto równych szans, czy wartościami ekologicznymi. Prawdopodobnie są więc skazane na obsługiwanie mniejszościowego, rozumiejącego elektoratu. Chyba że…
… obejdą sprytnym fortelem proste oczekiwania wyborców, zdobędą władzę i rozpoczną odpowiedzialne zmienianie świata, tak by wszystkim lepiej się w nim żyło.
Tylko czy suweren na to pozwoli?

O mnie

Ukończyłem na Uniwersytecie Warszawskim socjologię w specjalności socjologii organizacji.

Pierwszym moim miejscem pracy był Instytut Organizacji i Kierowania.

Po jego rozwiązaniu przez pięć lat wykładałem socjologię organizacji na Politechnice Warszawskiej.

Następnie odbyłem dwuletnie studia podyplomowe i roczną praktykę badawczą w wiedeńskim Institut für Höhere Studien w zakresie socjologii organizacji i metod matematycznych.

Po powrocie do kraju pracowałem w Instytucie Kultury i Instytucie Studiów Politycznych.

Następnie, po wygranym konkursie, objąłem stanowisko dyrektora Biura Reklamy TVP. Wówczas była to wyodrębniona jednostka organizacyjna posiadająca własny budżet i służby funkcjonalne. W ciągu sześciu lat kierowania nią, z prostego biura posiadającego kilka małych komputerów, przekształcona została w jedno z przodujących w Europie biur sprzedaży. Posiadała system komputerowy oparty na najnowszych osiągnięciach zagranicznych. Wdrożono zarządzanie przez cele i zarządzanie procesami, autorski system ocen pracowniczych oraz innowacyjne metody sprzedaży. Biuro zatrudniało 70 osób a obroty wynosiły pół miliarda złotych rocznie.

W tym czasie uczestniczyłem w pracach międzynarodowej organizacji European Group of Television Advertising z siedzibą w Brukseli, by w końcowym okresie stać się członkiem jej zarządu.

Następnie zostałem zaangażowany przez jeden z największych koncernów medialnych WPP z zadaniem zorganizowania i poprowadzenia polskiego oddziału agencji reklamowej Mindshare.

Kolejnym wyzwaniem była prezesura Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy w Polsce. W owym czasie była to najważniejsza organizacja reprezentująca interesy mediów, agencji reklamowych i reklamodawców. Rola Stowarzyszenia polegała na utrzymywaniu kontaktu z przedstawicielami rządu i parlamentu oraz komentowanie w mediach zagadnień związanych z reklamą.

Równolegle utworzyłem własną firmę Instytut Mediów zajmującą się audytem mediowym i doradztwem. Prowadzę ją do dzisiejszego dnia współpracując z liderami tej branży z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Poza działalnością ściśle zawodową, angażowałem się w aktywność społeczną. Byłem przewodniczącym Solidarności w swoim instytucie w roku 1981. Nigdy nie należałem do żadnej partii.

Odbyłem szkolenie wojskowe ukończone w stopniu podporucznika rezerwy.

Jestem harcmistrzem ZHP i przodownikiem turystyki pieszej PTTK.

Żona jest absolwentką Akademii Teologii Katolickiej a syn pracuje w Orange Labs jako główny specjalista.

Strona korzysta z plików cookies zgodnie z polityką prywatności.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookies w Twojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Pliki cookies (ciasteczka) to dane informatyczne - pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniu użytkownika. Używane są w celu dostosowania wyglądu strony internetowej do preferencji użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych. Używane są również w celu tworzenia anonimowych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych. Statystyki te umożliwiają polepszanie struktury i zawartości stron www.


  Na naszej stronie stosowane są dwa rodzaje plików cookies - sesyjne oraz stałe. Sesyjne są plikami tymczasowymi, które pozostają w urządzeniu użytkownika, aż do wyłączenia oprogramowania (przeglądarki internetowej). Stałe pliki pozostają w urządzeniu użytkownika przez czas określony w parametrach pliku albo do momentu ich ręcznego usunięcia przez użytkownika.


  Standardowo oprogramowanie służące do przeglądania stron internetowych domyślnie dopuszcza umieszczanie plików cookies w urządzeniu użytkownika. Możesz zablokować w swojej przeglądarce mozliwość zapisu cookies. Jednak wybór tej opcji automatycznie zablokuje Ci możliwość korzystania z szeregu funkcji na naszej stronie. Nie możemy także zagwarantować, że oferowane na naszej stronie usługi będą działać w zaplanowany sposób i zgodnie z ich przeznaczeniem.


  Więcej informacji na temat blokowania plików typu cookies w Twojej przeglądarce znajdziesz w zakładce "pomoc" przeglądarki.